Obudziłem się następnego dnia w szpitalu. Przy moim łóżku siedział ten sam mężczyzna w garniturze.
„Kim jesteś? Gdzie on jest?” – zapytałem go.
Spojrzał na mnie i powiedział: „Jestem jego synem”.
Serce mi stanęło. „To niemożliwe. Mój mąż zmarł w 1985 roku. Nie mieliśmy dzieci”.
„Nie zginął” – powiedział cicho. „Stracił pamięć w wybuchu. Został znaleziony przez amerykańskich żołnierzy. Przez dwa lata nie pamiętał nawet własnego imienia. Kiedy pamięć zaczęła mu wracać… miał już nową rodzinę. Mnie. I bał się ci powiedzieć. Bał się, że po raz drugi zrujnuje ci życie”.
Podałem mu zdjęcie drżącą ręką. „A to dziecko?”
„To moja córka. Jego wnuczka. Dał jej imię po tobie.”
Tej nocy już nie płakałem. Przez czterdzieści lat opłakiwałem zmarłego. Teraz zrozumiałem, że przez czterdzieści lat opłakiwałem żyjącego.
Na odwrocie zdjęcia, pod datą, było jeszcze coś drobnym drukiem, czego wcześniej nie zauważyłem. Adres. A poniżej: „Jeśli mi wybaczysz, wciąż czekam przy oknie, gdzie ostatnio cię widziałem”.